Wspomnienia - My i nasi profesorowie PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
poniedziałek, 27 marca 2006 01:00
Spis treści
Wspomnienia
Wspomnienia W. Głakowskiej
Kółko Literackie
Garść Wspomnień
My i nasi profesorowie
Zabawa Noworoczna 1955
Babuszka
Wszystkie strony

My i nasi profesorowie

Jesteśmy tylko cząstką młodzieży, która ma być przyszłością narodu. Gubimy się w tłumie polskiej młodzieży gimnazjalnej. Czy jednak naprawdę gubimy się? Mam wrażenie, że nie... Gdy rzuci się okiem na nas , młodzież oświęcimską, to widzi się jakby jeden piękny, ale różnokolorowy obraz charakterów - typów, które jednak dobrze dostrajają się, nie tworząc dysharmonii ze sobą.

Większa różnica istnieje - między nami tj. chłopcami a koleżankami. Nie potrafią nam przecież dorównać ani w skoku w dal, ani w skoku wzwyż, jednym słowem w żadnej konkurencji sportowej. Ale za to w konkurencji umysłowej? - zdaje się i ze stoickim spokojem przyznać to należy, że bardo często pozostajemy w tyle za nimi. Kiedy jednak zabłyśnie jakiś męski geniusz i pod względem nauki wyprzedzi niejedną koleżankę, wówczas duma rozpiera nasze "męskie" serca, że i na tym polu mamy coś do powiedzenia.

Pomimo wszystko potrafiliśmy się tak zżyć z koleżankami że wydają się nam jak siostry. Pójdziemy w świat i staniemy przy wspólnym warsztacie pracy społecznej, a jednak zawsze coś pozostanie z dawnego przyjacielskiego stosunku w szkole, który będzie miłym wspomnieniem w życiu.

Młodsi nasi koledzy i koleżanki nie zastanawiają się może nad tym, ale my, którzy, o ile los nam będzie sprzyjał, wnet ukończymy szkołę i pójdziemy w świat, w dalszą drogę życia, żywo odczuwamy, że nam zabraknie czegoś. Tymczasem jednak chwilowo zapominamy o tym, co będzie potem, żyjąc wyłącznie teraźniejszością, chwilą obecną, nastrojoną tylko na wesołą i beztroską nutę. Celem naszym jest nauka, a owocem jej przechodzenie z jednej klasy do drugiej. Szkoła jest dla nas drugim domem rodzinnym, z tym jednak wyjątkiem, że tu rodziców zastępują nam profesorzy, dzięki którym poznajemy arkana wszelkiej wiedzy.

Między profesorami a nami jest wzajemne zrozumienie. Staramy się zrozumieć, czego wymaga od nas dany profesor i zastosowujemy się do jego życzeń. No, czasem się czegoś nie umie, to chyba temu uczeń nie jest winien. Poszedł np. po szkole zagrać w piłkę, przyszedł do domu mocno zmęczony i jak tu się zabrać do nauki? Myśli sobie: może nie będę jutro pytany, nic się nie będę uczył. Nie odrobił lekcji. Na drugi dzień rano w szkole, jak na złość, jest pytany i - o tragedio - " ryje". Siada w ławce zasmucony, a profesor daje mu "dwóję". Ja, gdybym był profesorem, nigdy bym nie zapisał uczniowi złej noty. No, Boże, przecież to tylko raz, później już będzie wszystko w porządku. A tu tymczasem nie nauczysz się łaciny, to zaraz: "może innym razem", nie przerobisz niemieckiego, to słyszysz: "Sitzen Sie sich". A z polskiego: "E, trzeba się uczyć, tak nie można sobie bagatelizować przedmiotu". A co powie propedeutyka albo religia, kiedy ks. Profesor na twoją odpowiedź mówi ostro: "Siadaj sobie". Dodajmy do tego matematykę. podczas której gdy "zryjesz" przy tablicy , to wracasz do ławki jakbyś szedł z mąk. Same tragedie. Zdawałoby się komu, że po takim wypadku każdy z nas - spuści nos na kwintę i chodzi smutny jak mumia. Nigdy. - Przeciwnie, bo gdy tylko zadzwoni dzwonek na przerwę, już zapomina się o "zryciu" i z wesołą miną wychodzi się na pole, machnąwszy ręką, mówi się przy tym: "E! co tam, poprawię się, jakoś to będzie". I kiedy po pewnym czasie jesteś pytany i dobrze odpowiesz. a profesor powie ci: "O! Proszę, jak ci wspaniale umie", - to wtedy z zadowoleniem siadasz w ławce, bo przecież udowodniłeś, że ty nie byłeś winien, że "zryłeś" ostatnim razem.

Zdawałoby się, że uczeń prześladowany wciąż tymi "dwójami" profesora, będzie złym okiem spoglądał na niego. Wszak dzięki tylko profesorom po każdej wywiadówce, (jeżeli coś niewyraźnie z nauką) słyszysz kazanie od ojca, z czasem nawet poczujesz coś w rodzaju paska. Pomimo wszystko stosunek nasz do profesorów jest zawsze życzliwy, z nawet serdeczny. Najlepszy dowód tego jest na wycieczkach szkolnych.

Pamiętam jedną scenę z takiej wycieczki, kiedy jeden z naszych profesorów przechodził podczas zabawy pod mostem rąk, które spadały na jego plecy. Nie powiem, żeby to było ze złośliwości. Tu zapomina się, że jest się profesorem, natomiast jest się tylko towarzyszem zabawy. Tak więc powinno być pomiędzy uczniami a profesorami wzajemne zrozumienie. Bo, gdy to nastąpi, to raźniej popłyną nam lata nauki w szkole, a profesorowie będą mieli tę przyjemność, że z ochotą przyswajamy sobie to, czego oni nas uczą. Więc "ramię do ramienia", a wspólnymi wysiłkami i pracą potrafimy przysporzyć Polsce siły, znaczenia mocarstwowego, samym zaś sobie pewności, że spełniamy swój obowiązek obywatelski.

Antoni Mrzygłód (kl. VIII) "Na linii startu" Jednodniówka wydana z okazji poświęcenia nowego budynku szkolnego dnia 20.11.1932 r.