Wspomnienia - Babuszka PDF Drukuj Email
Wpisany przez Administrator   
poniedziałek, 27 marca 2006 01:00
Spis treści
Wspomnienia
Wspomnienia W. Głakowskiej
Kółko Literackie
Garść Wspomnień
My i nasi profesorowie
Zabawa Noworoczna 1955
Babuszka
Wszystkie strony

Babuszka

W roku 1952 mój brat Andrzej i ja przybyliśmy do Oświęcimia z małopolskiej mieściny, z Włoszczowej, do ósmej klasy tutejszego liceum. Tam pożegnaliśmy poprzednią, a tu czekała nas nowa Babuszka. Babuszkę miała wtedy każda szkoła. Dla naszego pokolenia było to zjawisko typowe. Kto je dziś jeszcze pamięta?

Te mantylki, żabociki, siwe włosy upięte w fikuśne zawijasy. Jakby się wyłoniły z kart jakiejś dziewiętnastowiecznej powieści, może ze sztuki Czechowa. Bywały tematem naszych żartów, ale i wzruszały uporem, z jakim starały się nam swą wiedzę przekazać, potykając się o naszą, ale i o własną niechęć do niemałej części przerabianego materiału.

Decyzja o obowiązkowej nauce rosyjskiego zapadła nagle i bez żadnych przygotowań. Kadry wykształconych rusycystów brakowało zupełnie. Życzenie Wielkiego Przyjaciela nie mogło czekać aż pięć lat na wypuszczenie z murów uniwersytetów większej ich ilości. Była to więc szansa nie do pogardzenia dla ogromnej grupy emerytowanych profesorów gimnazjalnych od angielskiego i francuskiego, którzy nie tak dawno poszli w odstawkę; okazali się niepotrzebni, wszak reprezentowali kulturę "zgniłego Zachodu". W dodatku nikt na Zachód wtedy nie wyjeżdżał, pojęcie paszportu niemal wyszło z użycia. Mało kto pobierał prywatne lekcje z tych dwóch języków; sam fakt takiej działalności bywał podejrzany. A z emerytury coraz trudniej było wyżyć. Kto dysponował świadectwem maturalnym rosyjskiego gimnazjum sprzed tamtej wojny lub spędził kilka ostatnich lat za Uralem (byle się tym za bardzo nie chwalił), a miał usprawnienia pedagogiczne, ten się liczył!

Ruszyła więc potężna armia babuszek do naszych szkół I zaczęły się zajęcia: przestrzeń nudy po obydwóch stronach katedry. Czytaliśmy zatem te drętwe teksty o przeszczęśliwych "malczkikach i diewuszkach" w Arteku, pozdrawiających stamtąd swojego orędownika i największego przyjaciela, wielkiego ojca narodów; o komsomolcach, krasnoarmiejcach, kołchozach, sowietach, pochodach pierwszomajowych i zjazdach partyjnych. Biedne te nasze babuszki i my biedni! Nawet wyśpiewywanie na melodię ciągle tej samej czastuszki, ciągle tego samego "po drogie zimnoj skucznoj" niewiele mogło pomóc. Bo tak naprawdę, to było nam na tych lekcjach raczej skuczno, i nawet Puszkin niewiele mógł poradzić.

Nasza Babuszka w liceum oświęcimskim, Pani Śmieszkowa, w dostępnym dla siebie zakresie robiła, co mogła, żeby do całego obowiązkowego balastu dodać coś świeżego, ciekawego, żeby nam unaocznić, że język, którego przyszło nam się uczyć nie z własnego wyboru, to nie tylko materiał do genialnych badań i rozmyślań wielkiego Stalina, ale przede wszystkim język wielkich klasyków literatury światowej.

Wiele lat po opuszczeniu Liceum stałam nad białym, marmurowym grobem Lermontowa w Piatigorsku. W Polsce był stan wojenny, była wrześniowa, pogodna niedziela. Wysiadłszy na chwilę z rozklekotanych autobusów posuwały się przed grobem zakładowe wycieczki kołchoźników i "raboczich" po to, by przewodnik mógł im powtórzyć, po raz już któryś tam, tę samą szablonową opowieść o wielkim poecie, który padł ofiarą samodzierżawia. Słuchali, ze zrozumieniem kiwali głowami, chyba niecałkiem świadomi losu innych, późniejszych współbraci Lermontowa. Że przypomniała mi się wtedy Babuszka i jej wysiłki, nic w tym dziwnego. Wszak ona próbowała na swoich lekcjach przełamać wszechwładną potęgę kłamstwa, wydobyć z całe tej bezbarwnej masy zatopione w niej prawdziwe perły. Czy pamiętacie, jak się zapalała przy każdym bardziej smakowitym literackim kąsku, który się znalazł w programie? Jak jej oczy błyszczały, gdy przerabialiśmy sam tylko wstęp do Oniegina, albo gdy mowa była o pierwszym balu Nataszy Rostowej? Jakby sama przeżywała swój niegdysiejszy, pierwszy występ towarzyski, może swoją pierwszą miłość? A "Człowieka w futerale" jak długo wałkowaliśmy, jeszcze wtedy nie całkiem rozumiejąc, dlaczego ta nowela Czechowa była dla Babuszki aż taka ważna?

Zdecydowanie wyróżniała to, co piękne i wartościowe w rosyjskiej kulturze i chciała za wszelką cenę wzbudzić w nas należny jej szacunek. Może skutek nie był natychmiastowy, ale dziś po latach odczuwamy to wyraźnie. Babuszka miała swój system nagradzania nas za postępy w nauce. Polegał on na tym, że po szczęśliwym przebrnięciu przez mało ciekawy materiał lekcyjny ostatnie dziesięć minut poświęcała czytaniu kolejnych fragmentów jakiegoś nie obiętego programem utworu, który musiał być frapujący, barwny, romantyczny. Dziś już nie pamiętam ani tytułu, ani całej romantycznej historii, która w jej pojęciu miała być odtrutką na koszmarne produkcyjniaki, również te, które w tłumaczeniach musieliśmy przerabiać na lekcjach polskiego. Było to coś jakby "ochotnik i kriestianka", czyli "panicz i dziewczyna", jakaś przebieranka w chłopski strój panienki z dworu, a wszystko w celu sprawdzenia wierności ukochanego. I rzeczywiście jakieś tam podejrzenia i komplikacje, ale wszystko dobrze się skończyło. Nawet przypominam sobie, że referowałam cała sprawę w domu mojej Mamie, która bardzo się życiem szkoły interesowała, a Babuszkę miała w poważaniu, Turgieniewa również.

Tak więc na swój sposób i w granicach dopuszczalnej swobody chciała nam Babuszka wpoić, że nauka rosyjskiego może być nie tylko ciężkim obowiązkiem. Że to, co się w szkolnych programach udało skutecznie rozmydlić i obrzydzić, ma swoje nieprzemijające wartości. I chwała jej za to! I powinna doczekać się swojej tabliczki na ścianie pamięci naszego Liceum.

Marta Strzelecka-Szesztay Hamzsabegi ut 15/1 1117 Budapest Węgry